Po wydarzeniu z przed
roku moje życie straciło sens. Na początku jeszcze było w miarę dobrze.
Przyjaciółki rozmawiały ze mną próbując mnie jakoś pocieszyć, ale potem zaczęły
oddalać się ode mnie. Już nie wysyłały do mnie sms-ów, a jak dzwoniły to tylko
po coś ważnego. Teraz jestem samotnikiem. Dziewczyny znalazły za mnie
zastępstwo, a reszta ludzi ze szkoły nie odzywa się do mnie. To nie to, że mają
coś do mnie... To bardziej chodzi o to, że samej nie ciągnie mnie do
towarzystwa. Więc nie obwiniam ich .
Potem są jeszcze moi
rodzice.
Na początku, no cóż ,
wspierali mnie, ale potem tak trochę się to zmieniło. Zaczęli unikać mojego
wzroku i coraz rzadziej uczestniczyłam w kolacjach rodzinnych. Nie bo nie
chciałam, po prostu nie było. Coraz częściej jadałam sama po przygotowaniu
posiłku. Mama mówiła, że już jadła, a tata, że zje w gabinecie.
A to wszystko przez
incydent z przed roku.
Przyzwyczaiłam się.
Nie powiem, że nie
brakuje mi naszych rozmów bo brakuje,ale to oni wybrali unikanie mnie nie ja.
Bo co jak co, ale tych dwóch grup-przyjaciół i rodziny nie chciałam stracić.
Kiedyś nigdy nie
powiedziałabym-nienawidzę
Jednak teraz nienawiść
jest taka prosta
Nienawidzę tego, że
rodzina ma mnie teraz w dupie
Nienawidzę uczucia, że
inni mają lepiej, prościej
A już na pewno
nienawidzę chłopaka o szmaragdowych oczach, który odebrał mi wszystko dla czego
żyłam.
Po prostu nienawidzę.
Zamykam notatnik, w
którym rysowałam kwiatki, gwiazdki i załzawione oczy, których kącików ciekną
stróżki krwi.
Jezu jestem chora
psychicznie- śmieję się w duchu.
Ach, no tak. Jeszcze
jest śmiech to też nie jest już to samo.
Ten sztuczny śmiech jest niepewny i
taki nijaki.
Brakuje mi tych
wszystkich chwil kiedy śmiałam się tym zadziwiająco melodyjnym, a przede
wszystkim nie wymuszonym śmiechem.
Teraz nie potrafię. Jakby się tak zastanowić
to po tamtym wydarzeniu naprawdę wiele utraciłam.
Oprócz niewinności i życia to
zdolność rozmów i żartów.
Dlatego tak go
nienawidzę.
Schodzę z
parapetu i przyglądam się wschodzącemu słoniu. Z tego co tu widać siedziałam na
parapecie ponad trzy godziny. Wychodząc z mojego małego azylu nawet na niego
się nie patrzę. Moje gołe stopy są znowu obiektem zainteresowań. Zamykam lekko
pokój i schodzę na dół po schodach. Wchodzę do kuchni gdzie spotykam moją mamę
, która nie patrzy na mnie mówi jedynie- Na patelni masz naleśniki, a
zapakowane kanapki na lunch w twoim plecaku. Ja już lecę.
-Ok- mówię cicho i
wyciągam talerz, po czym nakładam posiłek. Po chwili słyszę trzask zamykanych
drzwi. Już wiem, że jej nie ma, a nawet się nie pożegnała. Nic.
Po skończonym posiłku
patrzę na zegarek 7:44
Do szkoły mam dziesięć
minut drogi autobusem i musiałabym już wyjść.
Czemu nie mam prawa
jazdy?!
Nie wiem gdzie ta
logika, nawet jeślibym zdała to skąd wezmę pieniądze na zakup auta
Wychodzę na korytarz
domu i schylam się po moje ukochane trampki.
Po założeniu ich,
zarzucam plecak na jedno ramie, ściągam z haczyka klucze. Wychodzę z domu po
czym zamykam drzwi na klucz i idę na przystanek.
Po dojściu na
przystanek czekam chwilkę i wykorzystuję ten czas na rozplątywanie słuchawek.
Tak nie śpię po nocach, noc jest od tego, a przynajmniej w moim wypadku- żeby
myśleć co mogłam powiedzieć inaczej, albo zrobić rok temu w noc owego
incydentu.
Wsiadam do autobusu,
który dopiero co przyjechał i jadę słuchając muzyki. Teraz chyba jedynego dla
czego żyję.
Jadę tylko dziesięć
minut, ale czuję jakby czas mnie nie słuchał i wszystko było takie powolne.
Jakby nic nigdy nie miało się skończyć. Ale to tylko takie wrażenie.
Po tych kilku długich
minutach wysiadam na moim przystanku i nieśpiesznie ruszam na nudne lekcje.
Mam jeszcze dwie
minuty więc decyduję się na przejście po boisku, żeby jeszcze trochę
porozmyślać.
Jest zimnawo, ale
świeci słońce więc decyduję się nacieszyć na pewno jednymi z ostatnich promieni
słonecznych w tym roku. I tak dziwne jest to, że pod koniec października
świeci słońce. Choć nadal jest we większość czasu deszczowo. W końcu to Londyn
.
Obserwuję.
Obserwuję ludzi
biegających po boisku.
Obserwuję dziewczyny
na trybunach chichoczące i szeptające najpewniej na temat drużyny koszykarskiej
i grającej w niej chłopaków.
Obserwuję wiele osób i
nic nie czuję. Żadnych sprzecznych uczuć. Wszystko jest dobrze. Do czasu.
Mój wzrok pada na moje
byłe przyjaciółki, siedzące w gronie szkolnej elity na starannie wystrzyżonej
trawie. Kiedyś też tam zawsze siedziałam. Tam na miejscu Kimberly...
Teraz to ona jest ich
wierną przyjaciółką. I wiem to. Nie dlatego, że słyszę szkolne plotki, a
słyszę. Tu chodzi bardziej o to, że wiem jak Rose i Nina zachowywały się w
stosunku do mnie, teraz zachowują się tak w stosunku do Kim. Nie mam nic do
niej. Wiem, że będzie idealną przyjaciółką dla nich.
Taką jaką ja byłam.
To wszystko przez
jedną noc.
To zniszczyło mi
życie.
Zawsze nienawidziłam
żyć przeszłością, ale teraz nie widzę innego wyjścia. Inaczej nie potrafię.
Słyszę dzwonek na
lekcje więc idę. Nie ociągam się bo nie widzę potrzeby. Gdybym się ociągała to
mogłabym zwrócić na siebie niepotrzebną uwagę.
Matematyka.
Niby robię działania.
Niby myślę nad
rozwiązaniem
A tak naprawdę moje
myśli błądzą w zupełnie innym kierunku.
W kierunku zielonych
oczu.
Były piękne.
Gdybym spotkała osobę
o takich oczach nigdy nie oskarżyłabym jakieś przestępstwo.
Teraz wiem, że choćby
istniały najpiękniejsze oczy na świecie to nic mnie nie zwiedzie.
Rozwiązuje nadal
zadania, które są dla mnie niczym potrafię ten temat, ale gdy mam dziesięć
minut czasu na napisanie kartkówki zostawiam ten czas na rozmyślanie. To samo
ze sprawdzianami. Nie potrafię skupiać się na tym wszystkim. Nie łatwo pogodzić
mi szkołę ze samą sobą.
Nikt nie może mi
zarzucić, że się nie staram. Już nawet lekkie, prawie niewidoczne lecz szczere
uśmiechy sprawiają, że inni też się uśmiechają.
Nie piję.
Nie mogę. Przypominam
sobie wtedy tamtą imprezę.
Palić? To świństwo?
Dla mnie to jasne, że nie.
Ćpanie.. nigdy nie
zastanawiałam się czy by nie spróbować. Tak zwanie odlecieć.
Ja nawet się nie tnę.
Już nie potrafię.
Kiedyś robiłam to. Naznaczyłam swoje ciało ranami, z których pozostaną blizny i
nigdy o nich nie zapomnę.
Na razie chcę tylko
skończyć liceum i wyjechać do takiego miejsca, w którym nikt by mnie nie znał.
Wiem, że Londyn to
pożądane miejsce, ale ja chcę uciec. Byłabym zdolna wyjechać nawet na
Karaiby po to by zapomnieć. Od tamtego momentu miałam plan. Chciałam wyjechać i
znaleźć miejsce, w którym byłabym bezpieczna.
Od ludzi i wspomnień.
Nie chcę do
końca życia zadręczać się pytaniami dlaczego nie zrobiłam inaczej.
Nie poczekałam
do końca imprezy, albo nawet na nią nie poszła.
Już niedługo skończę
siedemnaście lat i będę mogła wziąć się za jakąś lepiej płatną pracę. Po
to by nazbierać pieniądze na ewentualne
wydatki. Potem to zrobię.
Ucieknę.
***
Rozdział pierwszy
Jak się podoba?
Skomentujcie, a ja już pracuję nad kolejnym
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz